niedziela, 7 maja 2017

Mankell - Niespokojny człowiek

Henning Mankell: "Niespokojny człowiek"



Wpadłam jak śliwka w czarną otchłań. Dwa dni w fotelu. Tu chyba nie o intrygę chodzi. Właściwie wszystko jedno, co się dzieje, kto jest szpiegiem i co robiły okręty podwodne w czasach zimnej wojny.

Rys głównego bohatera jest niezwykle wyrazisty. Wreszcie nie jest to nadzwyczajny heros ani ciapowaty nieudacznik borykający się z losem za pomocą whisky z lodem, niby ambiwalentny wobec świata, lecz gubiący głowę w obliczu pięknych kobiet. To najzwyklejszy ze zwykłych facet, który miewa lepsze i gorsze chwile, który trochę niedomaga, ale kocha swoje dzieci, i który wreszcie staje naprzeciw samotności.

Z początku tylko zastanawiałam się, czemu on jest tak podobny do tego chirurga w depresji, który obciął nie tę nogę. Gdy wreszcie skojarzyłam, że po prostu autor ten sam.

Trochę mgliście, szaro, jak to w skandynawskich lasach.


Polecam *****

środa, 19 kwietnia 2017

Czubaj - Martwe popołudnie

Mariusz Czubaj: "Martwe popołudnie"



Czubaj jak Czubaj. Szybko, sprawnie, zgodnie z opisem. Jak zakupy na allegro. Skończyłam wczoraj i coś mi zgrzyta. Zgrzyta w zębach. Nie niesmak. Nie niedosyt. Nie łyżka dziegciu. Coś nie gra, ale to coś tak ulotnego, że nie wpływa na ocenę w skali pięciu gwiazdek.
Miło, że główny bohater nie ucieka z zakrwawioną nogą, połamaną ręką i przestrzelonym mózgiem, tylko bardziej po ludzku. Choć ta cała ucieczka też jakaś taka niedorobiona.
O, niedorobienie mi zgrzyta. Nie wierzę w istnienie tego człowieka. Może zarys postaci jest zbyt dosłowny? Zbyt ludzki? On chyba nawet żadnej kurwy nie rzucił. Ni to Marlowe, ni Borewicz. Wątki przeplecione... Za cholerę nie wiem, po co ci politycy - spotkanie przy grobie na Bródnie dość ciekawe, ale niewykorzystane.
Ale że tłuczkiem...?
I gorąco dziękuję za Markiewicza i Młynarczyka. Za diabła nie odróżniam nazwisk na M.
Miło też, że Warszawa w tle. Że Jazdów. No i że Hopper.
Okładki nie rozumiem. Chyba ta z Hopperem lepsza, choć zbyt dosłowna.

Generalnie polecam ****+

niedziela, 2 kwietnia 2017

sprzedawca broni hugh laurie

Hugh Laurie: "Sprzedawca broni"



no to kłopot. nie przeczytałam ciurkiem, aczkolwiek byłam niemal zachwycona. i nie chodziło o to, by ją chłonąć po kawałku. nie chodziło też o to, że czytałam ją tylko w wannie, więc nie codziennie. na pewien czas nawet o niej zapomniałam, a na samym początku odłożyłam ją świadomie.
porównują ją do Monty Pythona. ja czuję wnuka Marlowe'a. taki sam stoicki spokój i podobna fascynacja kobietami.
kłopocik w tym, że przytłoczyła mnie ta autoironia i brak emocji bohatera. intryga jak intryga, ciekawe lokacje. czyta się lekko i miło. uwielbiam dystans narratora do postaci - tu główny bohater i narrator w jednym był zdystansowany na maxa.

Polecam ****+

niedziela, 12 marca 2017

trzy świnki Rudnickiej

Olga Rudnicka: "Były sobie świnki trzy"



Chyba się starzeję. Albo dojrzewam... Znów się naczytałam opinii innych i tym razem zgadzam się w pełni z krytykami. Czemu to nie jest śmieszne?! Czemu nie polubiłam żadnej z bohaterek?! Może z wyjątkiem prostytutki, ale cóż to za idolka? Czemu brzuch mnie nie boli i boków nie urwało? Ktoś porównał tę lekturę do skrobania zimnego masła, więc nie mam chęci szukać głębszych porównań. Nie, nie szło jak po grudzie, ale też nie płynnie jak u wczesnej Chmielewskiej. Choć jak u późnej to właściwie już tak.
Temat fajny - któż by nie chciał pozbyć się wrednego męża [i czemu każdy wredziol musi być prawnikiem?]? Rozbawiło mnie chyba tylko tachanie trupa zawiniętego w dywan i radość sąsiadki na widok pięknych frędzli... Jednak to za mało.

Nieco rozczarowana polecam tak sobie ****-

sobota, 11 marca 2017

Morderstwo w Akademii - Olczak

Martin Olczak: "Morderstwo w Akademii"



No właśnie. Czytam opinie przed napisaniem swojej, a to błąd. Chodzi o to, że jestem w niewielkim, ale jednak, rozkroku. Zdarza się wam przeczytać książkę z zapartym tchem, a potem poczuć delikatny niesmak?
Mnie tak się przytrafia coraz częściej.
Początek szalony - stary rewolwer, szybkie trupy, stara miłość, tajemnica. A po połowie coś siada. Poczułam się znużona. Ktoś napisał, że to od szwedzkich nazwisk - istotnie są dosyć denerwujące: trudno je ułożyć sobie w głowie, bez zatrzymywania wzroku, a zapamiętanie ich jest poza moim zasięgiem - ale ja mam wrażenie, że końcówka była napisana przez autora w innych okolicznościach przyrody. Na innych emocjach. Z drugiej strony, gdy już wiemy, kto zabija, dramat przestaje nas tak wciągać.
Żałuję, że nie czytałam Strindberga [nie ma go w lekturze szkolnej !], i nie wiem, czy chcę go czytać po takim przedstawieniu postaci, i ten fakt na pewno umniejsza mi odbiór historycznego tła.
Tak czy siak, żywo, wartko, trochę starej broni, trochę współczesnej, kurz antykwariatu, zapach siarki i spalin z hondy shadow...

Generalnie polecam ****-

piątek, 3 marca 2017

Walet Pik - Oates

Joyce Carol Oates: "Walet pik"



Wstyd się przyznać, ale poznałam tę panią dopiero teraz, i zaczynam od Waleta. Jak zwykle moje zdanie nie współgra z ocenami lubimyczytać - niby ją chwalą, ale gwiazdek niewiele.

Rzeczywiście temat prosi się rozbudowaną akcję, a bohater o głębszy rys. Lecz może właśnie ten minimalizm świadczy o uroku powieści? Książka do połknięcia na raz wbija w fotel. Mnie wbiła. Jedyne, co mnie gnębi, to pytanie, czy klasycznej schizofrenii nie można było poddać leczeniu? Bohater nie próbuje nawet odrobinę przeciwstawić się owładnięciu, choć doskonale zdaje sobie z niego sprawę. Nieco przewidywalna fabuła - choć do kulminacyjnego momentu nie wiemy, kto kogo tą siekierą wykończy, raczej spodziewamy się, że w ten sposób, który wybrała autorka.

Jeśli nałożyć na treść własne schizy [lub co gorsza mężowskie], świat staje się niezbyt bezpieczną przystanią.

sobota, 25 lutego 2017

Rogoziński - Jak cię zabić, kochanie?

Alek Rogoziński: "Jak cię zabić, kochanie?"



Pewnie większość z nas wychowała się na kryminałach Chmielewskiej i sikała przy nich po nogach ze śmiechu. Ja przynajmniej popuszczałam.

U Alka jest wesoło, nawet bardzo, i tak sobie myślę, że trochę za bardzo. Nie zaśmiałam się w głos ani razu, choć uśmiech z twarzy nie znikał. Nie zapamiętałam żadnych powiedzonek, podczas gdy wyrzut jednej z bohaterek Chmielewskiej: "wracałaś tyłem czy na czworakach" towarzyszy mi do dziś.

Wiem, Alek to nie Chmielewska. Przy Nataliach chyba też uśmiałam się bardziej. I tyle zbiegów okoliczności to chyba nawet w komediach francuskich nie ma.

Jednak pozostaję po tej lekturze w radosnym nastroju, więc innym z czystym sumieniem polecam *****.